Bo nie nauczono nas szanować zwycięzców, tylko przegrywać z honorem.

motywatory

Dlaczego nie jesteśmy narodem zwycięzców?

Dlaczego nie będę już więcej trzymać kciuków za naszych tenisistów?

Dlaczego? Bo szkoda nerwów. No bo dlaczego nasi tenisiści przegrywają prawie wygrane mecze? Tzn mecze, w których prowadzą i które rozgrywają z teoretycznie słabszym od siebie przeciwnikiem?

Niedawno oglądałam 2 takie mecze: jeden z Kubotem, drugi z Janowiczem. Nasi tenisiści już prawie wygrywali. Już została prawie ostatnia piłka do rozegrania. Już zacierałam ręce.. Już prawie wymachiwałam przez okno biało- czerwonym szalikiem i na całą paszczę ryczałam charakterystycznie zdartym, czy fachowo schrypniętym głosem doświadczonego kibica piłkarskiego: Nasi górą.

No właśnie, ale piszę PRAWIE. Takie malutkie, subtelne słówko, a tyle zmienia.

Po pierwsze gdybym rzeczywiście to zrobiła (tym zachrypniętym głosem kibica piłkarskiego, taką paszczą) przyleciałaby sąsiadka z 3-piętra z jeszcze większą paszczą. Ona to dopiero ma …. paszczę. Bez złośliwości. Wiem, ale nie mogę się opanować. Moja ulubiona sąsiadka do obsmarowywania na blogu.

Po drugie użyłam tu słowa prawie, bo nasi tenisiści tych swoich prawie wygranych meczów nigdy nie wygrali. Z całkiem niewyjaśnionych powodów.

Dlaczego nie jesteśmy narodem zwycięzców?

Niewyjaśnionych, czy aby na pewno? Czy najlepszym wyjaśnieniem nie jest tutaj nasza słowiańska dusza… i jej wahania nastrojów, motywacji i niezrozumiała, choć wyuczona w tej słowiańskiej duszy niechęć, a w konsekwencji nieumiejętność wygrywania.

Tak, bo my nie potarfimy wygrywać. I nie potrafimy cieszyć się wygraną. Kiedy coś nam się udaje, podświadomie krygujemy się, pomniejszamy naszą wygraną, żeby czasem ktoś nie pozazdrościł i nie zaczął podkładać świń.

Skłoniło mnie to do refleksji. Może to takie niewyjaśnione zjawisko. A może po prostu, jesteśmy narodem nieprzyzwyczajonym do wygrywania.

Oczywiście mam nadzieję, że w komentarzach napiszecie mi, jak bardzo się mylę. Jak bardzo Polska i Polacy w ostatnich latach się zmieniła. Jestem emigrantką. A jeszcze lepiej, że w Polsce mamy już same szklane domy (pamiętacie to bodajże z Przedwiośnia Zeromskiego).

Póki, co jednak zaryzykuję stwierdzenie, że jesteśmy narodem, który nie umie wygrywać:

Bo u nas nie szanuje się zwycięzców.

Bo niby za co: przecież dopchali się tam gdzie są układami, popychani cudzymi plecami. A zwykły szary człowiek może sobie tylko ponarzekać.

Bo tak wypada, tak jest w dobrym tonie. Co sobie ponarzekam, to moje. A w kraju i tak nie ma perspektyw (stale gdzieś czytam, a ludzie i tak wciąż się tu bogacą, ale to tylko złudzenie optyczne, taka fatamorgana).
Jakkiekolwiek zwycięstwo najpierw zaczyna się w głowie.

Jak się nie wierzy, to się nigdy go nie osiągnie. Taka jest ta nasza narodowa specjalność.

Każdy naród ma swoją mentalność.

Holendrzy np są oszczędni i bogaci. Żydzi nieustannie popychają w górę swoich współziomków. Dzięki czemu udaje się im osiągnąć więcej. A inni im zazdroszczą. Też zazdroszczę, że my tak nie potrafimy.

A Afrykańczycy?

No cóż. Jest taka stara afrykańska przypowieść o piekle i o tym, że każa rasa ma tam swój oddzielny kocioł. Nad każdym kotłem stoi strażnik, po to by nikt nie próbował się z niego wydostać.

Nad każdym, z wyjątkiem tego z Murzynami. Po co miałby nad nim stać? Skoro tam i tak jeden drugiego pilnuje, a jak trzeba to i za nogę w dół ściągnie, żeby z tego kotła nie wylazł.

Kawał opowiedział mi kolega z pracy (Senegalczyk), więc proszę nie oskarżajcie mnie o rasizm. Ja tylko przytaczam zasłyszane historie… Dla rozluźnienia atmosfery.

A my? No cóż, my potrafimy przegrywać z godnością.

I to jeszcze jak. Bić się do utraty tchu w z góry przegranych wojaczkach (dla honoru). Honor – święta rzecz dla Polaka. Potrafimy godnie przebrnąć przez trudne sprawy.

Dlatego jestem dumna z bycia Polką.

Bo tego nauczyła nas historia? Dlatego narzekamy i zwalamy odpowiedzialność na pogodę, na sąsiadów, za to że pada, że nas rozebrali (tu chodzi mi o rozbiory Polski. Narzekamy i zrzucamy odpowiedzialność, na co się nawinie: na brak perspektyw …

Ale jeżeli nasi sąsiedzi nas rozebrali (mówię o rozbiorach Polski), to dlatego i tylko dlatego, że byliśmy dość słabi, by dać się rozebrać. A to już nasz wina i … liberum veta. Ale sami je sobie wymyśleliśmy.

Nauczyliśmy się przegrywać z honorem. Dziarstko wywijając szabelką nasi ułani szarżowali na niemieckie czołgi. Z czego do dziś jesteśmy dumni. Z czego do dziś podśmiewują się Francuzi.

Ale nie obrażajmy się: Robią to z sympatią dla naszej brawury i zadziorności. Ich na to nie było by stać. Zbyt cenią swoją wygodę.

Tylko wygrywać nikt nas nie nauczył.

Tymczasem wygrywanie zaczyna się w głowie.

Ale u nas zas nie szanuje się zwycięzców. Bo co to znaczy, że się komuś udało?

Ano, że miał mocne plecy, solidne układy, kogoś po drodze wykiwał, sprzedał ojca i matkę? Nie wierzymy, że inaczej da się. W naszym kraju bez perspektyw? Ciągle o tym czytam.

Bo przecież dopiero drugi milion dolarów można zarobić uczciwie. To zapożyczyliśmy sobie od Amerykanów. Ale do tego, że „dla chcącego nie ma nic trudnego”, jakoś trudno się nam przekonać.

Ani że ten, komu się udało bardziej tego pragnął, usilniej, wytrawalej na to pracował, zdobył się na więcej wyrzeczeń. – W to mało, kto uwierzy.

A skoro mało kto wierzy. Mało kogo zachęca to do działania.

Sukces ma u nas wciąż (a może już nie?) jakiś podejrzany posmak.

Na wszelki wypadek prostuję: żaden sukces nie jest moim udziałem: jestem zwykłą emigrantką, która chciałaby wierzyć, że jak się chce, to można.

Dlatego narzekamy: na polityków, na pogodę, na brak perspektyw. A jak tu w takiej epidemi narzekania, obudzić w sobie wiarę we własne możliwości i wolę walki? Tak weszło nam to w krew.

Cenimy tych, którzy cierpią. I dobrze. Ale to nie powód, by robić z siebie wyimaginowanych cierpiętników. Na świecie wystarczy tych prawdziwych.

Tymczasem ludzie, którym jako tako się powodzi też narzekają. Ironia losu. Ale w takim klimacie ludzie nie wyrastają na zwycięzców.

Bo żeby coś się udało, najpierw trzeba w to uwierzyć. Uwierzyć, że jest to w ogóle możliwe. Bo sukces zaczyna się w głowie.

Ale w końcu: co sobie ponarzekam, to moje.

  • Bo to wszystko wina polityków. Ale przepraszam: oni są u nas na naszym garnuszku. Zawsze możemy ich przepędzić naszymi głosami.
  • Bo w kraju ciągle brak perspektyw (nie wiem, ile razy ostatnio to czytałam. Nie wierzcie, że na emigracji jest lepiej. Bo nie jest).

Bo sukces innych zamiast motywować, wywołuje zazdrość i podejrzenia.

A szkoda.

 

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Zapisz się na newsletter

Related posts

4 Thoughts to “Bo nie nauczono nas szanować zwycięzców, tylko przegrywać z honorem.”

  1. […] Chinczycy pewnie ich nie mają. Francuzi w zasadzie też. W przeciwienstwie do nas. Ach jaka szkoda.Ot dlaczego nie jestesmy narodem zwycięzców.  Francuzi są mistrzami autopromocji, skutecznego marketingu. Dlatego bez zastrzeżen wierzymy w […]

  2. […] ten tekst lepiej. Właściwie to pierwotnie ten temat przerabiałam wiele miesięcy temu na blogu Moda na bio TUTAJ. Ale wtedy miał on bardzo pesymistyczny wydźwięk. Tutaj na siłę chciałam podciągnąć go pod […]

  3. […] Bo nie nauczono nas szanować zwycięzców, tylko przegrywać z honorem. […]

  4. Ja co prawda nie miałem wpływu w jakim kraju się urodzę, więc nie mogę powiedzieć, że jestem dumny z czegoś, na co nie miałem wpływu, ale i tak gdy gra drużyna Lotosu reprezentując Polskę, to im kibicuję, bo tak miło.

Leave a Comment